Dziś akt zgonu to wydruk z systemu komputerowego w urzędzie stanu cywilnego. Jeszcze niespełna sto lat temu wyglądało to zupełnie inaczej. Po śmierci bliskiej osoby krewni i sąsiedzi szli na plebanię, a proboszcz starannym, kaligraficznym pismem wpisywał akt do grubej księgi. Każde słowo miało swoje miejsce, a każdy akt zaczynał się od tych samych słów: „Działo się w…”.
Przyjrzeliśmy się stronom z księgi zgonów parafii Nowa Wieś (gm.Olszewo-Borki) z 1936 roku. Opisane są w niej śmierci mieszkańców Wyszla, Grabówka i Przystani. Widać na nich, jak skrupulatnie i z jaką dbałością o formę prowadzono dawniej dokumenty.
Ksiądz jako urzędnik
Na końcu każdego aktu widnieje formuła: „Proboszcz parafji Nowawieś, Utrzymujący Akta Stanu Cywilnego”. To nie przypadek. Dawniej to właśnie duchowni pełnili funkcję urzędników stanu cywilnego. Zapisywali narodziny, śluby i zgony, a ich księgi miały moc dokumentów urzędowych. System ten zmienił się dopiero po II wojnie światowej, gdy rejestrację przejęły świeckie urzędy stanu cywilnego.
Księgi prowadzono zwykle w dwóch egzemplarzach. Jeden zostawał w parafii, drugi trafiał do sądu lub archiwum. Dzięki temu wiele z nich przetrwało wojny i pożary, a dziś są bezcennym źródłem dla historyków i genealogów.
Każdy akt według tego samego wzoru
Akty zgonu sprzed lat pisano według ściśle określonego schematu. Najpierw miejsce i dokładna data spisania aktu, zapisana słownie: „dnia dwudziestego trzeciego maja, tysiąc dziewięćset trzydziestego szóstego roku”. Podawano nawet godzinę, o której stawili się świadkowie, np. „o godzinie dziesiątej rano” czy „o godzinie piątej po południu”.
Następnie wpisywano świadków. Zgłaszało się dwóch mężczyzn, najczęściej krewnych lub sąsiadów zmarłego. Ksiądz notował ich imiona i nazwiska, wiek, zawód i miejsce zamieszkania. W aktach z Nowejwsi pojawiają się rolnicy, ale też organista, karbowy i ogrodnik z majątku w Przystani.
Dopiero potem przychodziła kolej na najważniejszą informację: świadkowie „oświadczyli, że dnia wczorajszego” o danej godzinie w danej miejscowości zmarła konkretna osoba. Zapisywano jej wiek, miejsce urodzenia i zamieszkania, a także imiona rodziców, zawsze z nazwiskiem panieńskim matki. Typowa formuła brzmiała: „syn Franciszka i Cecylji z Dąbrowskich małżonków…”.
Akt kończył się stwierdzeniem, że ksiądz „przekonał się o zejściu” zmarłego, czyli upewnił się, że śmierć naprawdę nastąpiła. Potem akt odczytywano świadkom, a ci go podpisywali razem z proboszczem.
Kaligrafia i żadnych skreśleń
To, co najbardziej uderza dziś przy oglądaniu dawnych ksiąg, to pismo. Równe, staranne, pochylone litery wypełniają całe strony. Na marginesach zapisywano numer aktu i nazwę miejscowości, z której pochodził zmarły, dzięki czemu łatwo było odnaleźć potrzebny wpis.
W dokumentach urzędowych nie wolno było niczego wymazywać ani zamazywać. Jeśli ksiądz się pomylił, dopisywał wyjaśnienie. W jednym z aktów z Nowejwsi widać takie sprostowanie: słowo zapisane omyłkowo w nawiasie, a pod aktem adnotacja „słowo w nawiasach niepotrzebne”.
Ciekawe są też podpisy. Obok wyrobionego, zamaszystego podpisu księdza widać staranne, nieco koślawe podpisy świadków. Dawniej nie wszyscy umieli pisać, więc w starszych księgach często pojawia się dopisek, że świadkowie są niepiśmienni.
Smutna prawda o tamtych czasach
Dawne księgi zgonów mówią wiele o życiu naszych przodków. Na jednej rozkładce z Nowej Wsi z 1936 roku zapisano cztery zgony. Wszystkie dotyczą małych dzieci: dziewczynki, która miała 17 dni, dwóch chłopców, którzy przeżyli zaledwie cztery dni, i rocznego dziecka. To pokazuje, jak wysoka była wówczas śmiertelność niemowląt, zwłaszcza na wsi, gdzie dostęp do lekarza był ograniczony.
Z aktów można też wyczytać wiele o strukturze dawnej wsi: kto był rolnikiem, kto pracował we dworze jako karbowy czy ogrodnik, a kto był organistą. W jednym z aktów zapisano nawet, że zmarłe dziecko urodziło się w Warszawie i tylko czasowo przebywało w Przystani.
Treść prawdziwego aktu zgonu z 1936 r. z parafii Nowa Wieś:
Działo się w Nowejwsi dnia osiemnastego czerwca, tysiąc dziewięćset trzydziestego szóstego roku o godzinie dziesiątej rano. Stawili się: Stefan Suchecki i Jan Gamdzyk, obaj po trzydzieści dwa lata, rolnicy z Nowejwsi, i oświadczyli: że dnia wczorajszego o godzinie dziesiątej rano w Grabówku umarł Stanisław Lis, cztery dni mający, urodzony i zamieszkały w Grabówku, syn Konstantego i Stanisławy z Kuciejczyków małżonków Lis. Po przekonaniu się o zejściu Stanisława Lisa, akt ten oświadczającym przeczytany, przez Nas i świadków podpisany został. Proboszcz parafji Nowawieś, Utrzymujący Akta Stanu Cywilnego.
Podpisy: St. Suchecki, Ks. J. Szulkowski, Jan Gamdzyk.
Skarb dla genealogów
Dziś dawne księgi parafialne to prawdziwy skarb dla osób, które szukają swoich przodków. Wiele z nich zostało zeskanowanych i udostępnionych w internecie, m.in. w serwisach genealogicznych takich jak Projekt Kurpie, Geneteka czy GenBaza oraz w zasobach archiwów państwowych. Dzięki temu, siedząc w domu, można odnaleźć akt zgonu prapradziadka, sprawdzić nazwisko panieńskie prababci czy dowiedzieć się, w której wsi żyli nasi przodkowie.
Czytanie takich dokumentów wymaga jednak cierpliwości. Starannego, ale wyszukanego pisma trzeba się nauczyć, a w starszych księgach napotkamy też cyrylicę.
Każda z tych kart to jednak nie tylko suchy dokument. To ślad konkretnego człowieka i konkretnej rodzinnej historii, zapisany ręką księdza prawie sto lat temu. W okolicach 1 listopada warto o nich pamiętać.



Akty zgonu parafii Nowa Wieś z 1936 r. pisane przez ks. Szulkowskiego - fot. Wawrzyniec Myśliński





2
3
9